BORYS – kolejne uratowane kocie życie.

Absolutnie oswojony, kochający ludzi, choć po tym, co go spotkało, nie powinien mieć krzty zaufania do istoty zwącej sie człowiekiem. Był to czyjś kot, najprawdopodobniej osoby starszej, bo zjadał nawet kanapki. Ale co się potem wydarzyło, wie tylko on sam, nam pozostaje się tylko domyślać.
A mowa jest o nim, o Borysie. Ciężko było się spodziewać, jaki naprawdę jest. W miejscu karmienia kotów wolnożyjących od pewnego czasu słychać było kocie wołanie o pomoc. Tak kilka razy z rzędu. Po pewnym razie ukazało nam się źródło owego dźwięku – był to przestraszony, głodny, bezdomny kot. Był bardzo mizerny, przerażony, pobity, z wielką raną na ogonie. Jego krzyk ustawał, gdy podstawiano mu miskę. Jednak reagował na wołanie, w końcu wygrała odwaga, wyszedł z ukrycia, aby poczuć na sobie ludzką dłoń. Gdy już był w transporterze, pojechaliśmy do lekarza. Oczywiście kot był nie kastrowany, a jak się później okazało, miał wielkiego ropnia na ogonie i ślady łapoczynów na nosie. Najpierw sprawdzanie czipa, potem kastracja. Kot nieoznakowany. Został zatem ochrzczony Borysem. Nie mógł znaleźć domu, więc został z nami. Gdy udało nam się już go wyleczyć, odzyskał formę. Długowłosy, umaszczenie krówki, piękne oczy i długi, puszysty ogon. A i charakter też pokazał. Już nie ma śladu po zahukanym, przerażonym kocie. Jedyne, co się nie zmieniło to jest jego apetyt – nieskończony.

wp_20161003_009